Snoop Dogg wrócił z nowym materiałem i robi to na własnych zasadach. 10 Til’ Midnight, wydane 10 kwietnia przez Death Row Records i gamma., to 14 numerów, które jasno pokazują, że West Coast wciąż ma swojego gospodarza, a on nie zamierza oddawać miejsca młodszym bez walki.
Stary Snoop, nowe podejście. Ten album nie brzmi jak próba nadgonienia trendów ani jak odcinanie kuponów od przeszłości. Snoop Dogg idzie środkiem, bierze to, co zbudował przez lata, i podaje w świeższej formie. Słychać klasyczny klimat Zachodniego Wybrzeża, ale produkcyjnie wszystko siedzi w dzisiejszych realiach.
Już otwierający Step ze Swizz Beatzem ma energię, która spokojnie mogłaby polecieć zarówno w klubie, jak i na osiedlu. Dalej robi się momentami bardziej surowo, Pop My S**t czy Bread Under the Bed przypominają, że Snoop dalej potrafi wejść w cięższy vibe. Z kolei Dogg Whattup Doe z Peezym to ciekawy ruch, w którym Kalifornia łączy się z Detroit i to działa.
Najmocniejszą stroną tej płyty jest to, że Snoop nie próbuje nikogo przekonywać na siłę. On mówi z pozycji gościa, który już wszystko widział i nie musi się tłumaczyć. W kawałkach typu Stop Counting My Poccets czy Leave That Dogg Alone odnosi się do krytyki i całego szumu wokół swojej osoby. Bez spiny, bez napinki, raczej z dystansem i doświadczeniem. To nie jest rap dla dzieciaków, tylko dla ludzi, którzy rozumieją, jak wygląda długa gra w tej branży.
Konkretni goście na płycie
Za brzmienie odpowiadają m.in. Pharrell Williams, Swizz Beatz, Rick Rock, Soopafly czy Erick Sermon. Każdy z nich dorzuca swoje, ale całość trzyma się jednego kierunku. Nie ma tu chaosu ani przypadkowych numerów. To spójny materiał, który dobrze się słucha od początku do końca. Na zamknięciu dostajemy QTSAMYAH z October Londonem. To spokojniejszy, bardziej refleksyjny numer, który dobrze domyka całość.
Snoop poszedł też krok dalej i dorzucił do projektu krótkometrażowy film. Klimat? Czarno-białe ujęcia, gangsterska estetyka i historia dwóch braci, których drogi się rozjeżdżają. Wszystko utrzymane w stylu starego West Coast, ale podane w nowoczesny sposób.
10 Til’ Midnight nie jest płytą, która ma coś udowadniać. To raczej przypomnienie, kto od lat trzyma poziom i dalej ma kontrolę nad swoją muzyką. Newsy o zagranicznym rapie.
Snoop Dogg – Ten Til Midnight




Ładnie siada ten album, lepiej niż ten ostatni z Dr. Dre