Drake Iceman recenzja

Drake to „Iceman”, który zamroził własną kreatywność. Recenzja albumów

Drake, fot. kadr z teledysku "Slap The City"

Drake zrobił to znowu. I nie, nie mam na myśli dostarczenia klasyka, na który czekamy od dekady, a raczej wrzucenie do sieci cyfrowego wysypiska śmieci pod płaszczykiem „epickiego wydarzenia”. Dziś, 15 maja 2026 roku, obudziliśmy się w świecie, w którym Drizzy uznał, że 43 utwory rozbite na trzy albumy (Iceman, Habibti i Maid of Honour) to dokładnie to, czego potrzebuje rap gra. Spoiler – nie potrzebowała.

Drake zaserwował nam dziś trzy albumy: Iceman, Maid of Honour i Habibti. Efekt? Zamiast potrójnego uderzenia, mamy potrójne ziewnięcie i ostateczny dowód na to, że Aubrey Drake Graham aktualnie nie tworzy muzyki, on po prostu wypełnia arkusze w Excelu.

Iceman: Pancerz z lodu, serce z waty

Główny projekt trylogii, Iceman, to jedyny moment dzisiejszej nocy, w którym Drake przypomina sobie, że kiedyś potrafił pisać teksty. Otwierające Make Them Cry to rzadki przebłysk szczerości. Mowa o raku ojca i paranoi po wielkim konflikcie z 2024 roku budzi respekt. Ran To Atlanta z Futurem to banger, który broni się produkcyjnie, a Molly Santana kradnie show.

Niestety, na tym plusy się kończą. Przez większość czasu Drake brzmi, jakby wszedł do studia prosto z 48-godzinnej szychty. Jest zmęczony, zblazowany i kompletnie wyzuty z energii. Ataki na Kendricka, LeBrona czy DJ Khaleda brzmią jak wyrzuty zgorzkniałego ex, który nie może pogodzić się z tym, że świat o nim zapomniał. To poprawny średni album, ale w kategorii „Drake” to po prostu najniższa dopuszczalna półka.

Ocena końcowa albumu Iceman: 4.5/10

Drake – Whisper My Name

Maid of Honour to parkietowa nuda

Tutaj zaczynają się prawdziwe schody. Maid of Honour miał być ukłonem w stronę house’u i tanecznych brzmień, ale wyszło coś na kształt Honestly, Nevermind na ciężkich lekach uspokajających. Samplowanie Cha Cha Slide w Cheetah Print to moment, w którym zastanawiasz się, czy Drake nie robi sobie z nas żartów. Płyta jest niespójna, niedokończona i wypełniona gośćmi, którzy (jak Central Cee) starają się bardziej niż gospodarz. To muzyka tła do windy w luksusowym hotelu. Niby coś gra, ale nikt nie słucha.

Ocena końcowa albumu Maid of Honour: 3/10

Drake – Which One (feat. Central Cee)

Habibti to arabski sen, z którego chcesz się obudzić

Najkrótszy, 11-trackowy projekt Habibti to już czysty trolling. Drake znów bawi się w kulturowego kameleona, tym razem celując w bliskowschodnie klimaty (tytułowe Habibti to po arabsku „moja droga”), ale kończy się na generycznym R&B zalanym toną auto-tune’a. Rusty Intro to minuta brzdąkania na gitarze, która nie prowadzi donikąd. Całość brzmi jak odrzuty z sesji nagraniowych sprzed 5 lat, które ktoś odkopał na starym dysku, żeby tylko dobić do liczby 43 utworów.

Ocena końcowa albumu Habibti: 2/10

Strategia Franka Oceana w wersji „na ilość”

W branży huczy od teorii, że ten triple-drop to desperacki ruch, by wypełnić kontrakt z Universal i odejść na swoje. Jeśli tak, to Drake właśnie złożył wypowiedzenie w najgorszym możliwym stylu. Zamiast jakości, dostaliśmy masę „streamingowego mięsa”, które zapomnimy za tydzień.

Drake w 2026 roku to artysta, który przestał mnie osobiście zaskakiwać, a zaczął męczyć. Jego obsesja na punkcie liczb i statusu „największego” sprawiła, że oczywiście zapomniał o najważniejszym – jak robić muzykę, która ma duszę. Jeśli to ma być jego dziedzictwo, to Iceman właśnie ostatecznie zamroził nasze oczekiwania.

Zobacz więcej w kategorii Recenzje albumów rap.

Wiktor Celinski
Wiktor Celinski

Śledzi scenę hip-hopową z USA, ze szczególnym zamiłowaniem do nowojorskiego rapu i jego kultury. Najbardziej ceni klasyczny klimat East Coastu.

Artykuły: 5