Rapcity.pl - najnowsze wiadomości ze świata hip-hopu
Fot. kadr z teledysku D12 - What If?
Dla fanów rapu z przełomu wieków powrót D12 to wydarzenie wywołujące natychmiastowy skok nostalgii. Formacja z Detroit, która na stałe zapisała się w historii gatunku bezkompromisowym humorem, mrocznym klimatem i techniczną surowością, powróciła z projektem D12 Forever (Vol. 1). Krążek ten, wydany nakładem Compound Interest Entertainment, próbuje zmierzyć się z ogromnym dziedzictwem grupy. Czy udanie? I tak, i nie. To album zawieszony między pięknym hołdem dla przeszłości a bolesną rzeczywistością dzisiejszego, mocno okrojonego składu.
Największy ból fanów to.. gdzie jest reszta składu?! Zacznijmy od kwestii, której nie da się zignorować. Choć szyld na okładce dumnie głosi D12, rzeczywistość jest taka, że ciężar całego albumu spoczywa wyłącznie na barkach Kunivy oraz Swifty McVaya. Choć obaj panowie dają z siebie wszystko, a ich chemia i technika stoją na wysokim poziomie, to fani grupy bez wątpienia poczują ogromny niedosyt. Na albumie brakuje zwariowanej energii Bizarre’a, producenckiego i wokalnego sznytu Mr. Portera, a przede wszystkim obecności Eminema. Ponad dwie dekady po debiucie Dirty Dozen skurczyło się do duetu, co momentami odbiera projektowi tę dawną, nieprzewidywalną dynamikę wieloosobowej ekipy.
Taki stan rzeczy to bezpośredni efekt faktu, że jako pełnoprawny skład D12 formalnie przestało istnieć już lata temu. Sam Eminem zamknął ten rozdział w głośnym utworze Stepping Stone, przyznając wprost, że po tragicznej śmierci Proofa, który był prawdziwym sercem i spoiwem grupy, formuła Dirty Dozen ostatecznie się wyczerpała. Z kolei Mr. Porter w pełni poświęcił się roli koncertowego hype-mana Shady’ego oraz pracy producenckiej, a Bizarre wybrał alternatywną, undergroundową ścieżkę solową. Wydając ten album niezależnie, Kuniva i Swifty podjęli autonomiczną decyzję o kultywowaniu dziedzictwa marki na własną rękę. Stąd brak nowych zwrotek od dawnych kolegów, którzy dawno temu ruszyli w swoich artystycznych kierunkach.
Wielka obietnica bez pokrycia, czyli syndrom My Salsa
Największe rozczarowanie wiąże się jednak z konkretnym utworem. Kiedy na trackliście pojawia się My Salsa, serce każdego fana mocniej bije w nadziei na legendarne, obiecane przed laty w My Band dokończenie żartu przez Eminema. Do samej premiery albumu fani grupy łudzili się, że pojawi się tu Slim Shady… ale się nie pojawił. Mimo niezłych zwrotek od Kunivy i Swifty’ego, track pozostawia ogromne uczucie niedosytu, a sam tytuł ociera się o marketingowy clickbait, który może mocno zirytować najwierniejszych słuchaczy.
Duch Proofa i Bugza, czyli największe plusy albumu
Mimo tych personalnych braków, D12 Forever (Vol. 1) ma w sobie magię, która nie pozwala przejść obok niego obojętnie. Największym plusem albumu jest to, że wciąż bezbłędnie czuć na nim ten stary, surowy klimat D12. Duża w tym zasługa producenta. Jake Bass stanął na wysokości zadania, znakomicie radząc sobie z utrzymaniem klasycznego brzmienia grupy w starym stylu. Mroczne melodie i g-funkowe czy rap-rockowe smaczki idealnie rezonują z energią Detroit.
Co najważniejsze, album jest też pięknym pomnikiem pamięci dla tragicznie zmarłych członków grupy. Prawdziwymi perełkami są momenty, w których możemy usłyszeć niepublikowane wcześniej, archiwalne zwrotki i wokale Proofa oraz Bugza. Te chwile wywołują ciarki na plecach i przypominają o fundamentach, na których zbudowano potęgę D12.
Bugz ’98 to archiwalne, potężne wersy od Bugza. I choć na jego głos nałożono nieco dziwny, podwójny efekt, to surowa energia z 1998 roku broni się sama. Czysty hip-hop.
Powrót do korzeni i emocjonalne wspomnienia
Album zaczyna się od Again, Another Public Service Announcement. Jest to klasyczne, humorystyczne intro, które płynnie przechodzi w utwór nawiązujący do My Band czyli wspomnianego wcześniej My Salsa. Muzycznie to udany powrót, choć, jak wspomniałem, brak Eminema boli tu najbardziej.
Tear It Down, umieszczony zaraz po My Salsa track to absolutna petarda i jeden z najjaśniejszych punktów płyty, z którego bije czysta, surowa energia. Wspierani przez ikony West Coastu, agresywnego Xzibita oraz charakterystycznie brzmiącego B-Reala z Cypress Hill, Kuniva i Swifty McVay brzmią tu, jakby znów mieli po dwadzieścia lat i walczyli o przetrwanie podczas bitew freestyle’owych w Detroit. Jake Bass dostarcza tu potężny, bezkompromisowy podkład, który udowadnia, że okrojone D12 wciąż potrafi siać prawdziwe spustoszenie w głośnikach.
Proof & Eli to niezwykle poruszający moment na płycie. Posthumiczna zwrotka Proofa połączona z występem jego syna, Elijah Ble$$eda. Choć młody raper dopiero buduje swój warsztat, sam fakt takiego międzypokoleniowego spotkania chwyta za serce. Better Dayz i What If? to utwory uderzające w poważniejsze, refleksyjne tony. What If? bezpośrednio dotyka straty Proofa i Bugza, nawiązując klimatem do pamiętnego Good Die Young z płyty D12 World.
Brudne brzmienie Detroit
Kill the Engineer to storytellingowy skit/numer z klimatem rodem z My Band. Swifty i Kuniva wymieniają się wersami na oldschoolowym, boom-bapowym bicie, opowiadając o morderstwie realizatora dźwięku. Tenderism to jeden z mocniejszych numerów na płycie, w którym gospodarzy wspiera absolutna legenda Wu-Tang Clanu – Method Man. Cała trójka wraca tutaj do swojej najlepszej, stricte hardkorowej formy lirycznej. Utwór kapitalnie eksponuje techniczne umiejętności raperów, a charakterystyczny, chropowaty flow Method Mana idealnie klei się z surowym stylem Swifty’ego i Kunivy, tworząc jeden z najbardziej pamiętnych momentów na krążku.
Dirty Nation jest natomiast luźniejszym, g-funkowym hymnem bazującym na samplu z Funkadelic. Niestety partie George’a Clintona są za bardzo „rozlazłe” i wybijają z rytmu.
Still Hating, numer, który na papierze elektryzuje obecnością Tech N9ne’a i King Iso. Zamiast jednak mrocznego, ciężkiego bangeru, dostajemy zaskakująco „luźny” bit, stworzony pod szybką, techniczną nawijkę. Choć rapowo dzieje się tu sporo, to sama produkcja mogłaby być zdecydowanie bardziej hardkorowa i agresywna, przy tak potężnych gościach aż prosiło się o znacznie mocniejsze, bardziej bezkompromisowe uderzenie.
Even Knights Kneel oraz Forever to mocne podsumowania albumu z kolejnymi akcentami od Proofa. Pokazują, że etos D12 jest wieczny, nawet jeśli jakość techniczna niektórych starych nagrań (Forever) mogłaby być nieco lepsza.
Mroczny powrót do filmowego klimatu
Nightmare Walking to jeden z najbardziej filmowych i mrocznych momentów na albumie, który doczekał się również teledysku. Utwór buduje gęsty, niepokojący klimat, w czym ogromna zasługa genialnie wkomponowanego, zsamplowanego wersu Ice’a-T (I’m a nightmare walkin’, psychopath talkin’) z jego klasycznego hitu Colors. Ice-T w przeszłości współpracował już z D12 m.in. występując w teledysku do ich wielkiego hitu Fight Music, wcielając się w postać lidera gangu. Xzibit natomiast po raz kolejny na tej płycie kradnie show swoją potężną, pełną agresji zwrotką, a całość idealnie współgra z surowym stylem gospodarzy, tworząc jeden z najlepszych i najbardziej klimatycznych punktów całego projektu.
Słodko-gorzki werdykt
D12 Forever (Vol. 1) to jednak album pełen sprzeczności. Z jednej strony dostajemy ciekawe produkcje Jake’a Bassa, powrót do korzeni D12 oraz niesamowicie emocjonalne, archiwalne zwrotki od Proofa i Bugza. Z drugiej, okrojony do duetu skład i brak reszty składu w tym szczególnie Eminema (zwłaszcza w My Salsa) pozostawiają spory niedosyt. To solidna, sentymentalna podróż dla wiernych fanów, ale też bolesne przypomnienie, że czasów świetności Dirty Dozen nie da się już w pełni odtworzyć.
Ocena końcowa: 6/10.









