Rapcity.pl - najnowsze wiadomości ze świata hip-hopu
Fot. kadr z teledysku AZ - Uniqueness
Niektórzy raperzy gonią za trendami, AZ je po prostu przeżywa. Trzydzieści lat po tym, jak jako jedyny gość na Illmatic skradł show Nasowi, Anthony Cruz powraca, by postawić kropkę nad i w swojej najważniejszej serii. Doe or Die III to nie tylko album. To lekcja stylu, której współczesna scena potrzebowała bardziej, niż przypuszczała.
Kiedy w 1995 roku debiutanckie Doe or Die uderzało w głośniki, AZ stał się twarzą rapowego luksusu podszytego ulicznym dramatem. Dziś, w maju 2026 roku, „Sosa” nie musi już niczego udowadniać. Zamiast tego, serwuje nam 34 minuty skondensowanej, nowojorskiej liryki, która brzmi jak drogie cygaro palone w deszczowy wieczór na Brooklynie.
Luksus kontra rzeczywistość
To, co w tej płycie uderza najbardziej, to niesamowity kontrast. W utworze Uniqueness AZ potrafi w czterech wersach opisać detale drogiego stroju, by dwie linijki później beznamiętnie wspomnieć o morderstwie. Dla niego to jedna i ta sama rzeczywistość. Ten specyficzny, nosowy flow, który nie zmienił się od trzech dekad, prowadzi nas przez świat, gdzie miliony dolarów mieszają się z pogrzebami przyjaciół.
Na No Need for Lactose (za którego produkcję odpowiada Ron Browz) AZ pokazuje, dlaczego jest mistrzem łańcuchowych rymów. Przejście od „havin’ spots” i „to havin’ blocks” przez „McLaren drops” aż po „havin’ opps” jest tak płynne, że niemal niezauważalne. To raper, który przetrwał upadek The Firm, czasy niezależności i zmieniające się mody, pozostając przy tym samym, kamiennym wyrazie twarzy.
Boom-bap najwyższej próby
Warstwa muzyczna to prawdziwa uczta dla fanów East Coastu. Bink! dostarcza soulowy, wręcz filmowy klimat w So High. Statik Selektah w Still Jackie (genialna kontynuacja klasyka z 1995 roku!) przypomina nam, dlaczego nowojorski jazz-rap nigdy nie zginie. Large Professor natomiast w Gimme The World (z gościnnym udziałem bezlitosnego Jadakissa, szkoda tylko, że w refrenie) serwuje surowość, która mogłaby wyjść prosto z lat 90., a jednak w 2026 roku brzmi również świeżo.
Można kręcić nosem na bit do Surprise (prod. Mike & Keys), który mi osobiście nie przypadł do gustu swoją konstrukcją, ale kiedy słyszy się Nasa i AZ na jednym tracku, wszelkie techniczne spory schodzą na dalszy plan. Ta chemia jest niepodrabialna, obaj rapują z tą samą „martwą” precyzją, która zbudowała ich legendę.
Dziedzictwo przekazane w dobre ręce
Niezwykle poruszającym momentem jest utwór Winners Win, gdzie pojawia się syn AZ – Amar. Słuchając go, ma się wrażenie, że DNA Cruzów jest nasycone rapem. Amar nie próbuje odkrywać koła na nowo, on adaptuje styl ojca, co w kontekście domykania trylogii Doe or Die nadaje projektowi wymiaru międzypokoleniowego dziedzictwa.

Doe or Die III to album krótki, konkretny i pozbawiony wypełniaczy. AZ nie rewolucjonizuje gatunku, ale robi coś ważniejszego, konserwuje najwyższą formę hip-hopowego rzemiosła. To płyta dla tych, którzy wiedzą, co oznacza „Quiet Money”. Choć złoty łańcuch na szyi AZ może być dziś nieco cieńszy niż w 1995 roku, jego blask wciąż oślepia konkurencję.
Ocena końcowa: 7.5/10.







Dobry album do poczilowania
Chłop prawie 60 lat a robi lepszą muzę niż młokosy, album ładnie siada